Ogółem rozwaliła mnie głupota tej opowieści. Jin nawala wszystkich w turnieju po czym wygrywa i mierzy się z swym ojcem - Kazuyą. Facet pobił i zgwałcił jego matkę, a w późniejszej przyszłości wydał na nią wyrok śmierci. Oczywiście Jin chce się zemścić ale ostatecznie daruje mu życie... No czy kogoś nie poje**ło z tym czysto Japońskim honorem? Przecież w finale turnieju bez wahania zabił Bryan'a który przecież nic mu nie zrobił, a gdy spotkał winowajcę swego nieszczęścia... puścił go wolno? Nie trawię tego. To po kiego brał udział w tym turnieju? Mógł w ogóle od razu kupić mu Mercy (czy jak to się pisze) i byśmy mieli happy end jak z Bollywood...
Oczywiście film ma swoją dobrą stronę. Choreografia walka była bajeczna (digitalizacja postaci sprawiała wrażenia jakbyśmy oglądali pojedynek z autentycznej gry). Gdyby tak sobie darować sceny strzelanin i napakować więcej nawalania w turnieju Iron Fist... To mógłby być świetny film
Moja ocena 7/10






